Kluczowe były pierwsze dni. Dziś niewiele już z nich pamiętam. Lekarze nie byli w stanie Bywają chwile, które już na zawsze zmieniają życie osób. Wiem, że brzmi to banalnie, ale życie czasem właśnie składa się z banałów. Dla nas - dla mnie i dla Krzysztofa - taka chwila przytrafiła się wiele lat temu. Przyszło nam stoczyć największą walkę – walkę najpierw o życie, potem o powrót Krzyśka do sprawności pozwalającej na samodzielność w życiu codziennym. I bardzo przy tym chciałam, byśmy w tym wszystkim nie stracili radości w życiu. Nagle, bez żadnych wcześniejszych symptomów, Krzysztof, mój partner, w wieku 30 lat doznał rozległego, krwotocznego udaru głębokich struktur mózgu. Udar ten spowodował, że stał się osobą całkowicie zależną od osób trzecich. To był czas planowania wspólnej przyszłości. Oboje się spełnialiśmy zawodowo, szukaliśmy miejsca na nasz dom. Miał być z ogrodem i salonem, gdzie będzie duży stół, przy którym planowaliśmy spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi. Bo uwielbiamy się gościć. Ale życie miało dla nas inny plan. Tamtego dnia wróciłam wcześniej z pracy do domu. Nie dopuszczam do siebie myśli, co mogłoby się stać, gdyby Krzysztof był wówczas sam. Bo w pewnym momencie wstał ze słowami, że dziwnie się czuje, traci panowanie nad ciałem... i osunął się na kanapę. Początkowo myślałam, że mogą to być problemy z kręgosłupem i pomogłam mu położyć się na podłodze. Ale kiedy po chwili stracił przytomność, nie miałam już złudzeń, ze to coś znacznie poważniejszego. Telefon po karetkę i pierwsze zderzenie z brutalną rzeczywistością. Usłyszałam, że Krzychu „pewnie coś brał” i w koszu na śmieci znajdę opakowanie po dopalaczach. Moje próby tłumaczeń nie pomogły, dyspozytorka się rozłączyła. Tak samo przy drugim telefonie. Tak samo przy trzecim. Dopiero kolejny telefon i kilka słów, których wolałabym nie powtarzać w artykule, pomogło. Choć i wtedy wezwana karetka nie zawierała niezbędnego sprzętu medycznego do ratowania życia, i musiała przyjechać kolejna. W szpitalu diagnoza zabrzmiała dla mnie i naszych bliskich jak wyrok. Nastąpiło pęknięcie naczyniaka tętniczo-żylnego głębokich struktur mózgu. Operacja ratująca życie. Lekarze kazali przygotować się na najgorsze. Na salę intensywnej terapii mogłam wejść po 10 godzinach. To było 10 najdłuższych godzin w moim życiu. Wtedy najważniejsze było, aby Krzysztof przeżył operację oraz pierwsze godziny po niej. Kurczowo trzymałam się myśli, że będzie dobrze, że musi być dobrze, bo przecież opatrzność czuwała nad nami, byłam w domu, kiedy Krzysiek doznał udaru. Tysiące myśli, i tak, to prawda – człowiek bardzo w takich sytuacjach żałuje tych wszystkich niepotrzebnie wypowiedzianych słów, ale bardziej tych dobrych, które niepotrzebnie zatrzymał dla siebie. Strach, lęk. Ale najgorsza była wszechogarniająca bezsilność. Bardzo trudnym przeżyciem dla mnie były też pierwsze odwiedziny na intensywnej terapii. Mnóstwo aparatury podtrzymującej funkcje życiowe. Od bezsilności po nadzieję, czyli jak udar mózgu zmienia życie więcej niż jednej osoby 7
RkJQdWJsaXNoZXIy MTc4MDQxMw==